spring

spring

piątek, 12 grudnia 2014

Biorę rozwód z Łucznikiem - to już postanowione!

Dzisiaj jak w temacie, czyli o tym jak mnie szlag trafił...
Już na kilku blogach zetknęłam się z postami opisującymi historię parku maszynowego pań szyjących. Dzisiaj mnie krew zalała, więc postanowiłam się wyżyć opowiadając o własnej przygodzie.
Dawno, dawno temu, a było to w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia :))) zakupiłam pierwszą, własną maszynę do szycia. Przedtem szyłam na maszynie mojej mamy. W mojej rodzinie były spore tradycje szycia. Krawcowe z zawodu były dwie, ale oprócz tego każda kobieta umiała szyć, cerować, robić na drutach. Wiadomo, czasy były ciężkie, każda umiejętność, która oszczędzała rodzinny budżet się liczyła. Pokolenie mojej babci szyło na przepięknych Singerach. Wiele z tych okazów miało ponad 100 lat, były ręcznie zdobione, miały nogi z kutego żelaza. Istne cacka! 
Pokolenie mojej mamy (era socjalizmu) szyło na Łucznikach. Moja mama miała starego Łucznika, już nie pamiętam jaki typ, pamiętam tylko, że był spuszczany i chowany do drewnianej szafki. Ta maszyna szyła tylko ściegiem prostym i była napędzana nożnym pedałem. Jej zaletą było to, że po zakończonym szyciu cały bajzel wraz z maszyną można było zamknąć w tejże szafce. 
Ale wracając do mojego zakupu... Jak wspomniałam czasy były ciężkie, nie można było tak po prostu iść do sklepu i sobie kupić. Najpierw trzeba było dłuuugo oszczędzać kasę. Potem przez znajomą znajomej w pewnym sklepie gospodarstwa domowego w Sopocie - dołączając 2 paczki reglamentowanej kawy - udało mi się kupić spod lady Łucznika 877. Znajoma znajomej powiedziała, że miałam szczęście, bo na całe Trójmiasto przyszły tylko 2 sztuki.
Zdjęcie nie jest moją własnością, pochodzi z Google, ponieważ już tej maszyny nie mam. W ten sposób stałam się posiadaczką swojej pierwszej maszyny do szycia. Strasznie byłam dumna i UWIELBIAŁAM tą maszynę pomimo tego, że miała tylko ścieg prosty z zygzak. Była to maszyna nie do zdarcia. Najlepiej niech o tym świadczy fakt, że po mojej przeprowadzce na Węgry szyłam na niej hurtowo ubranka dla dzieci. Szyłam zarówno dla moich dzieci, jak również do butiku, siedziałam w domu z malutkimi dziećmi, chciałam się czymś zająć. Większość podzespołów w tej maszynie była metalowa, bo wtedy jeszcze Łuczniki produkowano w Polsce! Rozstałam się z tą maszyną z bólem serca dopiero kilka lat temu. Powodem było to, że żaden serwis w Budapeszcie nie umiał mi jej naprawić. Ciężko tutaj o części zamienne, bo Łucznik nie jest popularną marką na Węgrzech. Dolna nitka plątała się na spodniej stronie materiału. Podjęłam decyzję o zakupie nowej, a tą oddałam wielodzietnej rodzinie. 
Ponieważ byłam tak bardzo zadowolona z tej maszyny, więc nie trzeba długo zgadywać, że przy wyborze jej następczyni wybór także padł na Łucznika.
Tym razem przywiozłam z Polski (a jakże, na emigracji ma się sentymenty!) Łucznika Telimenę II 2030. 
Zdjęcie również pochodzi z Google. Ponad 400 programów, skomputeryzowana - myślę sobie szał pępka. Ale w tzw. międzyczasie moje życie też uległo zmianom, coraz więcej pracy zawodowej, coraz mniej wolnego czasu. Na przyjemność szycia dla relaksu nie miałam w ogóle czasu. Jeśli już rozstawiałam warsztat, to najczęściej w biegu. Z reguły jakieś reparacje, coś się rozdarło, coś się urwało etc. Tak że pomimo ogromnych możliwości, które posiada ta maszyna, nie miałam po prostu czasu, żeby je wypróbować. Aż do teraz.... 
Pod koniec roku zostało mi sporo niewykorzystanego urlopu. Wiadomo trzeba wybrać, więc wyjęłam 2 tygodnie. Myślę sobie - wezmę w obroty maszynę do szycia. Od dawna miałam chrapkę na pikowanie z wolnej ręki, na swoim profilu Pinterest uzbierałam w ciągu ostatnich lat kilka pękatych folderów dotyczących tej tematyki. Z racji tego, że na urlopie mam dużo wolnego czasu - uszyłam nową pościel. Stara przetarła się w narożnikach, ale myślę sobie wyrzucić szkoda, bo to dużo dobrej bawełnianej szmaty jest. Przyda się do ćwiczeń pikowania z wolnej ręki. Nie myśląc długo przygotowałam kanapkę i zabrałam się za robotę. Oto efekty mojej pracy:
Z instrukcją obsługi maszyny w ręce próbowałam dojść dlaczego to to wygląda jak na załączonych zdjęciach? Zmieniałam rodzaj nici, zmieniałam naprężenie nici, wynik marniutki. Obejrzałam na YouTube kilka instruktażowych filmików i nadal nie mogę dojść w czym problem...
Moją uwagę zwróciło to, że stopka do cerowania & pikowania bardzo "ciężko chodzi". Nie dość, że się namęczyłam, żeby ją poprawnie założyć, to jeszcze w trakcie pikowania tak jakbym słyszała odgłos tarcia metalu o metal. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po zakończonych ćwiczeniach miałam całe ręce brudne, na dodatek na próbkach ujrzałam mikroskopijnej wielkości opiłki metalowe... Czarna rozpacz myślę sobie, obrałam kierunek internet - a nuż na jakimś forum ktoś opisał podobne doświadczenia? Nic nie znalazłam, ale znalazłam wiadomość, która dosłownie i w przenośni zwaliła mnie z nóg. A mianowicie, że Łucznik jest produkowany w Chinach... Ktoś z Was powie - wariatka, Amerykę odkryła, przecież to już od paru dobrych lat! Może i tak, ale jak się nie mieszka w Polsce od dwudziestu paru lat, to wszystke wiadomości docierają do człowieka ze znacznym opóźnieniem. I tak tu sobie myślę, że ta moja Telimena też się pewnie w Chinach narodziła, skoro wyprawia to, co na załączonym obrazku... z tą drobną różnicą, że to po mnie "mrówki" chodzą, kiedy słyszę to pocieranie metalu o metal, a nie po niej... Już sam fakt, że Telimena "jest zrobiona" prawie cała z plastiku - dał mi do myślenia. 
I w tym momencie BARDZO zatęskniłam za moim pierwszym Łucznikiem 877.
Zastanawiam się nad wyborem nowej maszyny do szycia. Z tego co czytam w internecie, jedynie Bernina i Janome - to dwie marki, które NIE są produkowane w Chinach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...